Podsumowanie tegorocznej Norwegii

Spędziliśmy w Norwegii 11 dni, gdzie staraliśmy się jak najlepiej spędzać czas. Chodziliśmy na plażę, na rower, na spacery… A czasem wieczorami całą piątką jeździliśmy na ryby. 
Trafiliśmy też w idealną pogodę – nie było ani za gorąco ani za zimno. Cieszyłam się nawet z powodu ucieczki przed polskimi upałami. 

W Norwegii jest mnóstwo miejsc gdzie można spędzić czas na świeżym powietrzu. Nie trzeba wcale daleko szukać – wystarczy jechać przed siebie i za chwilę na pewno znajdzie się w ustronnym i pięknym miejscu.
Nawet w okolicy lotniska Sandefjord. My pojechaliśmy do parku w okolicznym miasteczku. Był tam parking dla łódek, huśtawka na drzewie, ładne ścieżki, miejsca do odpoczynku, a na koniec, jak w większości takich miejsc, plaża ze skocznią. 

 

 

 

 

Z jednej strony czyste niebo, a z drugiej złowrogo wyglądające chmury. Ale deszczu nie było! 
Kilka razy próbowaliśmy też naszych sił na rowerach. Jak dotąd jeździliśmy tylko po polskich nizinach, gdzie było w większości płasko. A tu co chwila droga pod górę! Za pierwszym razem pojechaliśmy do Bodalen. 

 

W połowie drogi zrobiliśmy sobie przerwę na szkolnym placu zabaw 🙂

Najgorsze były dwa podjazdy – strome i bardzo długie. Na pierwszy dałam radę wjechać, ale zanim po nim odpoczęłam, zobaczyłam ten kolejny… I od razu się poddałam. 

 

 

 

Rowerzystów jest tam sporo. Nawet starsze emerytki spokojnie sobie podjeżdżały pod górę. Podobał mi się ten widok 🙂 Na szczęście żadna mnie nie wyprzedziła!

 

 

Wzdłuż głównych dróg są drogi rowerowe, ale na mniejszych trzeba było już jechać ulicą. Wtedy zauważyliśmy, że Norwedzy jeżdżą bardzo ostrożnie. Jak widzą rowerzystę, to zachowują bezpieczną odległość, nie podjeżdżają tak blisko jak u nas. 


 

 

Mijaliśmy kolejną zatokę dla łodzi. Krystian zaczął zwiedzać jedną przycumowaną łódkę, która okazała się pływającą śmieciarką:)

Jechaliśmy nawet ulicę Breivika.

 

 

Warto też będąc w okolicy Oslo objechać wyspę Nesoya. Większa część wybrzeża jest prywatna, ale co jakiś czas są plaże publiczne, skąd zawsze rozciąga się ładny widok. 

 

 

 

Okazało się, że Norwedzy też mają swój posąg Jezusa. Tylko trochę mniejszego od naszego ze Świebodzina. 


 

 

Na niektórych plażach są zjazdy do wody dla wózków inwalidzkich. 

 

Także na większości plaż są platformy do skakania. Używają jej nie tylko dzieci, dorośli także. I każdy tam umie robić salta! Zresztą Norwedzy pływali w fiordzie zarówno w słoneczną pogodę, jak i pochmurną i wietrzną. Nieważne czy zimno czy ciepło. Liczy się, że lato!

Niestety na plaży krążyły mewy-złodziejki. Jedna z nich ukradła Krystianowi skarpetkę! 


 

Przyjemna trasa rowerowa wiedzie też dookoła góry Baerums Verk. Ilość przewyższeń była podobna jak na poprzednim wyjeździe, jednak tutaj podjazdy nie były aż takie długie. 


 

 

Tylko jeden odcinek bardzo nas wymęczył. Ale na jego szczycie czekała na nas polanka pełna poziomek, a kawałek dalej jagody!

W połowie trasy złapała nas wielka ulewa. A już cieszyliśmy się, że przed nami już tylko droga z górki i będziemy mogli sobie szybko jechać.  Przy takim deszczu trzeba było zjeżdżać dość wolno, bo zrobiło się bardzo ślisko, a poza tym nic nie widzieliśmy – padało nam w twarz. Czasem zdawało mi się, że to grad a nie deszcz… Żeby ochronić trochę oczy, jechaliśmy w okularach słonecznych 🙂 
Co nam pozostało? Tylko się śmiać.:)

 

Przeczekać tej ulewy nie było zbyt sensu, nie zapowiadało się żeby zaraz miało wyjść słońce. Jak się zresztą okazało, lało przez dwie godziny. A kiedy tylko dojechaliśmy do domu, zupełnie się rozpogodziło.  
 
Ciekawostka na koniec: 
W Norwegii można kupić pasztet z dziecka! Do wyboru mamy taki z dziewczynki, chłopca i nastolatka. Aparat nawet sam wykrył uśmiech i sam zrobił pasztetom zdjęcie 🙂

 

 

Post Author: WolnymKrokiem