Top WTOP Wolnym Krokiem – czyli krótka przypowieść o naszych błędach w podróżach

Podróże! Wspaniałe przygody, które z uśmiechem na twarzy wspomina się wspólnie ze znajomymi pokazując przy tym przepiękne fotki. Iście sielankowy widok, jak gdyby z ramówki telewizyjnej... Nie zawsze jednak mówi się o trochę mroczniejszych aspektach podróżowania. Kiedy maszerując kolejne głupie kilometry, w głupim słońcu i głupim kurzy, i w ogóle gdy wszystko dookoła jest głupie... Nas chcąc nie chcąc też takie wpadki dopadły, zarówno za granicą jak i w kraju. Podróżując nigdy nie masz gwarancji, że Twoje plany w 100% pójdą tak jak by się chciało. Najważniejsze jest jednak, by po tym, jak zmęczenie i złość (najczęściej na siebie samego) minie, wspominać je także z uśmiechem na twarzy i starać się ich nie  powtarzać 🙂 Właśnie takie historie przyszło nam powspominać w pewien jesienny wieczór.. I wiecie, co? Fajnie, że takie wpadki się zdarzają. Bo na własnych błędach człowiek się uczy najlepiej.

Zapraszamy więc na naszą małą wyliczankę TOP WTOP Wolnym Krokiem, które nauczyły nas więcej niż niejedna książka podróżnicza. A jeżeli i Wy macie jakąś swoją ciekawą WTOPĘ to dajcie znać w komentarzu! 🙂

Późna wyprawa na Język Trolla w Norwegii

Niedostosowanie czasu podróży do rzeczywistych możliwości to jeden z powodów, w których zaliczyliśmy małą wtopę w Norwegii. Co prawda wyruszyliśmy z okolic Oslo koło godziny 8:00 rano, więc dojechać powinniśmy koło godziny 13:00. Wszystko powinno się udać biorąc pod uwagę to, że był to czas letni gdzie zmrok zapada dopiero koło godziny 2:00. Niestety nie przewidzieliśmy tego, że po drodze będzie tyle niesamowitych i ciekawych miejsc w wyniku których nasza podróż przedłużyła się o kilka godzin. W rezultacie na parkingu pod Językiem Trolla byliśmy dopiero koło godziny 17:00... Rozpoczęliśmy jednak podejście na jedną z najsłynniejszych atrakcji Norwegii pewni, że dotrzemy do auta przed zmrokiem. Nic z tego. Kilka godzin marszu na Język Trolla oraz robienie sobie zdjęć spowodowało to, że najbardziej stromy kawałek pokonywaliśmy po ciemku oświetlając sobie drogę komórkami (nikt z naszej czwórki nie zabrał latarki). Na dodatek złego moje soczewki kontaktowe zaczęły się wysuszać, dodatkowo rozmazując mi obraz. Nie wiem jak to się stało, że cali dotarliśmy do auta, jednak się udało. Język Trolla zdobyty i pomimo tych drobnostek wspominamy go jako jeden z naszych najlepszych wypadów.

Fajnie też później było przeczytać na stronach innych podróżników - Wyjdź na trasę wcześnie rano... ee tam!

Zimowa przeprawa na Kalenicę - niby mała wycieczka a tu jednak...

Kalenica to pozornie niewysoka góra znajdująca się na Dolnym Śląsku, która dała nam się mocno we znaki. Jako że niskie góry staramy się zdobywać zimą, gdy jest to jakieś wyzwanie, a śnieg fajnie rekompensuje niewysokie podejścia, to zaplanowaliśmy sobie plan objazdowy w okolicach Gór Sowich. Na zakończenie dnia mieliśmy wejść na Kalenicę z Przełęczy Woliborskiej. Cały plan oszacowaliśmy sobie na 4 godziny, ponieważ w normalnych warunkach pokonuje się go w 3 godziny, ale jako że po śniegu idzie się wolniej, to nasze założenia były całkiem słuszne. Nie przewidzieliśmy jednak kilku sytuacji, jakie czekały nas po drodze. Otóż już na samym początku rozpętała się śnieżyca, zasypując wszystko dookoła i sprawiając, że ledwo dostrzegaliśmy ścieżkę przed sobą. Przez to w pewnym momencie ominęliśmy zejście na szlak czerwony i podążyliśmy szlakiem czarnym. Nie chcąc tracić czasu na powrót do rozwidlenia, poszliśmy na przełaj, żeby nadrobić stracony czas. Niestety stało się zupełnie odwrotnie. Wysokie zaspy śniegu (do wysokości ud) sprawiły, że wchodzenie pod górę było niezwykle wyczerpujące, a na szczycie podejścia czekał na nas gęsty lasek iglasty,  przez który musieliśmy się przedzierać. Koniec końców trafiliśmy na szlak czerwony, jednak zabrało nam to cenne minuty dzielące nas od zmierzchu. W wyniku tych wtop znowu musieliśmy wracać po ciemku. Problemem było jednak to, że była to bardzo mroźna zima i po zachodzie słońca temperatura spadła do -25 stopni, co wywołało błyskawiczną śmierć naszych telefonów. Zostaliśmy więc bez światła oraz nawigacji w lesie, w którym przez świeży i głęboki śnieg nie wiadomo było gdzie jest ścieżka. Jak nigdy zaczęliśmy się martwić o swój los i czy nie zgubimy się po raz kolejny. Całe szczęście tym razem nie zbłądziliśmy. Teraz tylko wystarczyło odpalić auto i wrócić do domu... Całe szczęście kilkunasto-letni Renault nie zawiódł  🙂

Burza piaskowa na Cyprze oraz nasz plan przejścia się na lotnisko w Larnace

Bardziej wytrwali czytelnicy naszego bloga na pewno pamiętają naszą wyprawę na Cypr, w której zorganizowaliśmy sobie w całości podróż do Ayia Napa z Larnaki. Tygodniowy pobyt na tej wyspie miał pokazać nam najbardziej imprezowe miasto na Cyprze oraz jej przepiękne plaże. Niestety już w pierwszym dniu udało mi się poślizgnąć na śliskim chodniku, przez co przetarłam sobie do krwi kolano. No i pięknie. Tyle z mojego pływania w morzu...

Jednak trzeci dzień pobytu na Cyprze zdziwił nas jeszcze bardziej, ponieważ właśnie wtedy nastąpiła anomalia pogodowa i całą wyspę nawiedziła burza pyłowo-piaskowa pochodząca prosto z Syrii. Wydaje się, że to wtopa, ale nie było aż tak źle. Trwająca do końca naszego pobytu burza sprawiła, że nie musieliśmy się zmagać z mocnym słońcem. W kolejnych dniach traciła ona na sile, więc mogliśmy zwiedzać plaże, a Krystian nurkować w morzu.

Wszystkie poprzednie zdarzenia ciężko nazwać wtopami z naszej winy. Ot po prostu nieszczęśliwe zdarzenia, na które nie mieliśmy wpływu. Nie bylibyśmy jednak sobą, gdybyśmy nie wymyślili czegoś pozornie mądrego, co okazało się kompletną klapą. W ostatnim dniu pobytu na Cyprze mieliśmy lot powrotny zaplanowany na godzinę 20:00. Jest to wystarczająco dużo czasu by zaplanować sobie zwiedzanie Larnaki oraz dojść na lotnisko, które oddalone jest około 8 kilometrów od miasta. Plan jak najbardziej do zrealizowania, ale zbyt intensywny biorąc pod uwagę, że cały tydzień aktywnie przemierzaliśmy wiele kilometrów w poszukiwaniu coraz to najfajniejszych plaż w Aya Napie. W dodatku plecaki z naszym dobytkiem oraz naprawdę gorąca i parna pogoda po prostu nas wykończyły. Jedyne o czym myśleliśmy podczas tych godzin, to żeby znaleźć chociaż skrawek cienia. Po zwiedzeniu miasta oraz zobaczenia pięknego czerwonego jeziora w Larnace zdecydowanie powinniśmy wsiąść w autobus miejski i dojechać na lotnisko jak ludzie. A tak to przyszliśmy zdyszani, brudni i na pewno śmierdzący.

Autostop z Bergamo (Włochy) do Polski przez Alpy, szlakiem Via Spluga

Cała wyprawa należy do zdecydowanie naszych najbardziej szalonych. Plan był prosty - wylądować w Bergamo i dostać się podczas tygodniowej podróży z powrotem do Polski. Z Włoch do Szwajcarii mieliśmy się dostać przez Alpy, realizując trasę nazwaną Via Spluga. Jest to naprawdę przepiękne miejsce, a widoki które tam zobaczyliśmy, należą do jednych z najlepszych jakie widzieliśmy w naszym życiu. Via Splugę postanowiliśmy pokonać w dwa dni, nocując w namiocie na około 2000 metrach przy jeziorze Montespluga. Trasa była wymagająca, a że mieliśmy ze sobą cały nasz dobytek na plecach, to postanowiliśmy jak najbardziej zaoszczędzić miejsca i nasz prowiant składał się z kilku litrów wody oraz całej gamy różnych batoników i wafelków... WTOPA na całego. Wypoczęty i najedzony człowiek nie zawsze myśli racjonalnie i dopiero kiedy przyjdzie mu w gorącu wdrapywać się na wysokie alpejskie zbocza zrozumie, że skądś energie trzeba czerpać. Nie mogą być to wafelki oraz magiczne batoniki musli. Nasz kolega, któremu po powrocie opowiedzieliśmy o naszej wtopie popatrzył na nas jakbyśmy przynajmniej chcieli gasić rozgrzany olej wodą... Tak bardzo abstrakcyjny był dla niego nasz pomysł. Zdecydowanie potwierdzamy, że było to bardzo nierozsądne, a obrzydzenie do wafelków i  batonów mieliśmy przez około pół roku po powrocie z naszej wyprawy. Tym bardziej, że wafelki i batoniki nie jedliśmy tylko przez te dwa dni, tylko cztery. Na śniadania, obiady i kolacje. Kiedy po tej słodyczowej diecie znaleźliśmy się u naszego hosta w Bad Ragaz i na wieczór upiekł nam chleb, to naszemu szczęściu nie było końca a ja aż się popłakałam. W takich chwilach człowiek docenia naprawdę proste rzeczy.

Przejście do przepięknych labiryntów górskich w Bad Ragaz w Szwajcarii

Bad Ragaz było naszym drugim szwajcarskim przystankiem podczas podróży z Włoch do Polski. Padło na to miasteczko, ponieważ udało nam się w nim znaleźć hosta z Couchsurfingu (ten, który upiekł nam chleb). Dowiedzieliśmy się, że Bad Ragaz jest jednym z sławniejszych miast w Szwajcarii pod kątem kultury i sztuki. Ułożyliśmy też plan zwiedzania  miasta i wyczytaliśmy o znajdujących się w pobliżu jaskiniach i przejściach podziemnych, czyli coś co lubimy najbardziej. Znajdowało się one około 4 kilometry od miejsca naszego noclegu, ale jako że mieliśmy zapas czasu czekając na naszego gospodarza to postanowiliśmy się tam przejść. Jakim naszym wielkim zdziwieniem było, że przed wejściem do jaskiń była metalowa bramka, do której trzeba było wrzucić pieniądze by nas przepuściła. Nie mieliśmy oczywiście przy sobie żadnych franków szwajcarskich a ze względu, że była to niedziela to nie mieliśmy ich nawet gdzie wymienić. Tak więc odbyliśmy całkiem długi spacer by zawrócić pokonani przez najnowsze cuda techniki jak zautomatyzowane bramki... Tam też po raz pierwszy popłakałam się z głodu, ponieważ był to kolejny dzień na wafelkach. Drugim razem poleciały już łzy radości jedząc pyszny, chrupiący i ciepły chleb prosto z pieca. W takich chwilach docenia się te małe rzeczy!

Niezapomniane wrażenia z nurkowania na rafie koralowej w Egipcie

Na zakończenie naszych wtop chcieliśmy przedstawić Wam historię, której jeszcze nigdy nie publikowaliśmy wcześniej. Otóż około 5 lat lat temu pojechaliśmy wypocząć do Egiptu na wycieczkę typu all-inclusive. Wielki hotel z tysiącami pokoi oraz dużym kompleksem basenowym miał naładować nasze baterie zaraz przed rozpoczęciem studiów. W planach mieliśmy zwiedzenie Kairu i słynnych piramid. Zły los chciał jednak inaczej i w 2013 roku wybuchły zamieszki przez, które wszystkie wycieczki fakultatywne do stolicy Egiptu zostały odwołane. Pojawiła nam się więc opcja wydania zaplanowanych pieniędzy na inną atrakcję.

Postanowiliśmy udać się na nurkowanie przy lagunach i rafie koralowej. Plan był równie zacny co wycieczka do Kairu, więc ochoczo przeznaczyliśmy po 60$ by przez cały dzień podziwiać podwodny świat. Niestety kolejna wtopa czekała tuż za rogiem. Po kilku minutach po wypłynięciu w rejs statkiem zaczęło trochę bujać, przez co dostałam ogromnych mdłości w wyniku czego spędziłam magiczne 8 godzin podróży zamknięta w toalecie i wymiotując. Dobrze wydane 60$, prawda?

W dodatku umieszczono nas w grupie Rosjan, ze tego względu, że dość biegle posługuje się tym językiem i miałam tłumaczyć wszystko Krystianowi. Jednak ze względu na okoliczności swoje pierwsze nurkowanie w życiu Krystian odbył w języku rosyjskim, nie wszystko rozumiejąc. Mieliśmy wtedy także tani aparat podwodny na klisze, który trzeba było na początku nastawić. Nie wiedzieliśmy o tym i dopiero po powrocie do Polski zobaczyliśmy, że nie nakręciliśmy kliszy. Dawna technologia nas pokonała 😀

Jak więc sami widzicie podróże to nie tylko fajna zabawa, w której wszystko wychodzi i idzie tak jak zaplanowaliście. Takie chwile są fajnym sprawdzianem swojego charakteru, a jak podróżujecie we dwoje to testem dla związku. Pamiętajcie także, że każda wtopa może nieść za sobą pouczające wnioski, dlatego postarajcie się z nich czerpać jak najwięcej, tak by w przyszłości udało Wam się ich uniknąć. My dzisiaj z uśmiechem wspominamy swoje wtopy 🙂

Post Author: WolnymKrokiem