Sierpniowy wyjazd – podsumowanie

Kiedy planowaliśmy ten wyjazd, miał on wyglądać zupełnie inaczej. Przede wszystkim nie braliśmy pod uwagę Włoch, samolotu, zamiast 10 dni miało być 20… Wiele czynników wpłynęło na to, jak wyglądała na końcu nasza podróż. Większość planu udało się spełnić, aż ostatniego dnia pogoda (i pewnie nasze niedoświadczenie) bardzo wpłynęła na nasz powrót.

 

Początek Autostopu Włochy – Polska

Przez te 10 dni odwiedziliśmy 5 krajów: Włochy, Szwajcarię, Liechtenstein, Austrię i Niemcy. Lecieliśmy samolotem, jechaliśmy pociągiem, autobusem, a w większości korzystaliśmy z autostopu (13 kierowców). Przeszliśmy na piechotę około 130 km.  Raz spaliśmy pod namiotem, raz w autobusie, a w pozostałe noce korzystaliśmy z serwisu Couchsurfing.

Pogoda w 4 krajach była idealna, czego nie można powiedzieć o tej w Niemczech. Kiedy tylko przekroczyliśmy granicę austriacko-niemiecką, zaczęło padać. I przestało dopiero, jak wyjechaliśmy z tunelu na autostradzie kilka kilometrów od granicy z Polską.

Bajeczna przygoda przez Alpy

Wszędzie spotykaliśmy bardzo miłych i pomocnych ludzi, którzy byli dumni z miejsc, w jakich mieszkają. Chętnie opowiadali o życiu w danym kraju, o zwyczajach, a także o zarobkach.
Chiavenna Włochy
Na szlakach jednak spotykaliśmy bardzo mało osób. A ci, co nas mijali, okazywali się w 90% emerytami. Podobnie z górskimi rowerzystami – największą grupą byli panowie z siwymi włosami 🙂
Isola Jezioro Via Spluga
Duże wrażenie zrobiły na nas górskie wioski. Były one usytuowane w takich miejscach, że dojazd tam wydawał nam się niemożliwy. Zwłaszcza w zimie! A jak spytaliśmy o to kilka osób, byli zdziwieni, że pytamy się jak oni jeżdżą kiedy jest śnieg, przecież to nic specjalnego 🙂 Wszystkie jeziora i rzeki napotkane w górach prezentowały się fenomenalnie i kusiły by zatrzymać się przy nich dłużej.
Jak w Norwegii widzieliśmy wszędzie owce, to we Włoszech i Szwajcarii wszędzie były krowy! Niestety nie fioletowe, jak na reklamach. Wszędzie były rozległe pastwiska, gdzie mogły one swobodnie chodzić ciągle pobrzękując swoimi dzwonkami. Ponadto dzwonki dla krów w alpach stanowią swoiste trofea – im większy dzwonek tym wyższe miejsce w konkursach one osiągnęły. Wspominając to teraz, muszę przyznać, że mijaliśmy elitę wśród krów.  Niestety wtedy nie wiedzieliśmy w jak dostojnym towarzystwie przebywamy.

Tylko w jednym miejscu szlak był stromy i dość niebezpieczny. Ścieżka była wąska, kamienista, a zaraz nad dużym urwiskiem. I akurat wtedy pogoda postanowiła zrobić nam psikusa i zaczęło lać. W dodatku była burza. Trwało to około 45 minut, czyli tyle, ile szliśmy tą ścieżką 🙂

Montespluga Via Spluga

Przez całą trasę od Isoli do Montesplugi towarzyszyło nam gwizdanie świstaków. Ale dopiero zobaczyliśmy je po burzy, czyli zaraz pod jeziorem Montespluga.

świstak w Alpach
Jezioro Montespluga Via Spluga

Pierwsza noc pod namiotem w życiu wcale nie była straszna, jak się obawiałam. Pewnie jeszcze nie raz skorzystamy z tego typu noclegu. Rozłożyliśmy się pod ruinami fortu, który widać poniżej. A namiot z Tesco za 60 zł sprawdził się super!

Ruiny Zamku w Montespluga

Czasem szlak był dość kiepsko oznakowany, więc ratowała nas mapa, która wgraliśmy do telefonu. Naprawdę, nawigacja w telefonie dla podróżników to błogosławieństwo.

Via spluga

Jeszcze nigdy nie przekraczaliśmy granicy w tak pięknym miejscu!

Przełęcz Włosko-Szwajcarska w Alpach

Nie widziałam nigdzie tak dużych domów. W Szwajcarii były one wszędzie! Myślałam na początku, że w każdym z nich mieszka kilka rodzin. Później okazało się, że wcale nie, to po prostu typowy domek jednorodzinny 🙂

Splugen Szwajcaria
Splugen Szwajcaria

Przez Szwajcarię do Liehtensteinu

Jakie miejsca podobają nam się najbardziej? Lazurowe jezioro, dookoła góry, brak tłumów… W Alpach takich miejsc widzieliśmy kilka, a przecież zobaczyliśmy tylko ich skrawek.

Sufers

Rzadko kiedy zwracam uwagę na wystawy artystyczne, to po prostu mnie nie interesuje. Ale w Bad Ragaz odwalili kawał dobrej roboty – wiele instalacji było naprawdę ciekawych! Np. multimedialne ekrany, na których kilka osób piło wodę, po czym ją „wypluwało” na chodnik. Trzeba było być uważanym ponieważ istniało duże prawdopodobieństwo, że zostanie się przez nie oplute. Najlepsza fontanna jaką widziałam!

Po Liechtensteinie spodziewałam się czegoś innego. Co prawda jest położony w pięknym miejscu, otoczony górami, nad rzeką, ale same miasteczka nie wyróżniają się niczym szczególnym. Według mnie Vaduz jest jedną z brzydszych stolic jakie widziałam (i oczywiście najmniejszą – 6 tysięcy mieszkańców). Z drugiej jednak strony, nie wiedziałam, że mieszkańcy Liechtensteinu są tacy otwarci!

Zamek królewski w Vaduz Liehtenstein

Dwóch naszych hostów poczęstowało nas szwajcarskim piwem i czekoladą. Obydwie rzeczy bardzo nam smakowały! A sami na pewno byśmy nie kupili ich w sklepie. Jak pisałam w którymś z poprzednich postów, w Szwajcarii nie wydaliśmy ani grosza! A w Liechtensteinie 1 euro. Na pocztówkę 🙂

Przez Niemcy do Polski – Bawaria

Wielu kierowców, z którymi jechaliśmy na stopa, martwiło się, gdzie nas wysadzić, by było nam jak najlepiej znaleźć coś dalej. Jednym razem jechaliśmy ze starszym niemieckim małżeństwem, które naprawdę ułatwiło nam sprawę. W pewnym momencie musieliśmy zjechać na inną autostradę, oni poszukali na mapie takiej stację benzynową, że mogliśmy przejść na drugą stację po przeciwnej stronie autostrady (oczywiście zwykłą ulicą przez tunel), i stamtąd bezpośrednio mogliśmy już pojechać do Fussen!
Buchau to wioska, której nie mogę znaleźć na mapie. A właśnie nią szliśmy na drugą stronę 🙂

Pierwszy obiad po 5 dniach! Trafiliśmy do amerykańskiej pizzerii prowadzonej przez Włocha. Chcieliśmy znaleźć coś w miarę taniego. Za dwie pizze, piwo i colę daliśmy 19 euro. Ponad 2 razy taniej jakbyśmy chcieli tak zjeść w Szwajcarii… Już dawno nie czuliśmy się tak szczęśliwi jak wtedy 🙂
Pizza Fusen

Pobyt pod zamkiem Neuschwenstein popsuli nam trochę turyści z Chin. Przez ich zachowania i ich ilość odechciało nam się cokolwiek oglądać.

zamk Neuschwenstein bawaria
zamk Neuschwenstein bawaria
zamk Neuschwenstein bawaria

W Monachium zadziwiła nas ilość kobiet-ninja. Widzieliśmy je co chwila, chociaż najbardziej zadziwiło nas, co one kupują w takich sklepach jak Gucci lub Prada? Bo tylko one tam były. My tylko przechodziliśmy obok 🙂

Załamanie w Dreźnie

Łapiąc stopa nawet w najgorszych miejscach, nie czekaliśmy dłużej niż 10 min. Więc kiedy znaleźliśmy się w Dreźnie o 11.30, ucieszyliśmy się, że już niedaleko i niedługo będziemy w domu. I chyba ta myśl nas ukarała. Bo… zaczęło strasznie lać. W dodatku nikt nie jechał do Polski… Wszyscy pokazywali, że zmierzają w drugim kierunku. Po godzinie stania, przemoknięci (a przecież mieliśmy przeciwdeszczowe kurtki), postanowiliśmy chwilę przesiedzieć pod mostem. Jednak nie był to najlepszy pomysł, bo było strasznie zimno. Poczekaliśmy, aż deszcz będzie lżejszy i poszliśmy na inny wjazd na autostradę. Tam ruch był ogromny, ale tylko samochody z dwóch środkowych pasów wjeżdżało na autostradę. Prawy pas skręcał na centrum handlowe. A za skrzyżowaniem też nie dało się stanąć, bo nie było pobocza, tylko od razu barierka i znak początku autostrady. Powiedzcie proszę, co w takim miejscu zrobić. Myśmy kompletnie nie wiedzieli 🙂 Ale jakoś udało się złapać stopa na kolejny zjazd. Tam też był taki rozjazd… W dodatku wszyscy pokazywali nam, że jadą na Berlin. Więc oni odpadali, przed rozjazdem autostrad nie było żadnej stacji.
Co w końcu zrobiliśmy? Poddaliśmy się. Cały czas lało, więc wszystko mieliśmy mokre (razem z wnętrzami plecaków), byliśmy zmęczeni (minęło już 4,5 godziny od przyjazdu do Drezna).. Więc… zadzwoniłam po moją mamę 🙂 Przyjechała po nas w dwie godziny, co za ulga! Wjechaliśmy szczęśliwi na autostradę, na której był ogromny ruch. Kiedy tylko minęliśmy zjazd na Berlin i ruszyliśmy w kierunku Gorlitz, nic nie jechało! To już wiedzieliśmy, czemu nikt nas nie zabrał.
W dodatku nie dało się szybko jechać – tak mocno lał deszcz. Dopiero kilka kilometrów przed granica z Polską pogoda się poprawiła i nie padało 🙂
Szczęśliwie dotarliśmy do domu. Wiele osób się o nas bardzo martwiło, bo pomysł chodzenia po górach, spania w namiocie lub u obcych ludzi jak i jazda autostopem były dla nich naprawdę nieodpowiedzialne.
Tutaj przytoczę historię która zdarzyła mi się dzień po powrocie do domu. Idąc do warzywniaka, 50 m od klatki schodowej, coś mnie tknęło żeby przystanąć. Ledwo to zrobiłam a przede mną spadła wielka gałąź! Nie wiem co by było, jakbym nie stanęła.
Jaki z tego wniosek? Złe jest myślenie, że tylko w podróży może nam coś się stać, bo równie dobrze to może być i pod domem! Dlatego nie można bać się nadmiernie wszystkiego, tylko korzystać z życia i cieszyć się jego każdą chwilą.

Post Author: WolnymKrokiem